Trudna diagnoza, czyli dlaczego czasami wolałabym nie być logopedą

0

Chyba im tego nie powiem. Nie wiem jak. Ale przecież muszę…

Pamiętacie jak opowiadałam Wam jak to się stało, że zostałam logopedą? Nadal uważam, że to najlepszy zawód, jaki tylko mogłam wybrać. Ale nie zmienia to faktu, że są w nim takie sytuacje, po których przez dwa dni nie mogę dojść do siebie i czasami za bardzo je przeżywam. Oczywiście – profesjonalizm na pierwszym miejscu. Emocje nie mogą brać góry. Ale jestem tylko człowiekiem, w dodatku kobietą. I co tu dużo mówić, sama neurobiologia czasami przejmuje pałeczkę i wyprowadza mnie z równowagi.

Wyobraźcie sobie taką sytuację (wszelkie szczegóły są oczywiście zmienione na potrzeby tego tekstu): dzwonią do mnie rodzice, aby umówić się na diagnozę logopedyczną. Wstępnie pytam, co ich niepokoi? Mama odpowiada, że to chyba nic takiego, pani w przedszkolu zwróciła uwagę, że dziecko trochę za mało mówi i być może dobrze byłoby skonsultować logopedycznie. O, klasyczny ORMik – myślę (opóźniony rozwój mowy)! Lubię to zaburzenie (o ile można ta powiedzieć, że jakiekolwiek lubię), bo przy dobrze zaprogramowanej terapii, często nie trzeba długo czekać na efekty, a praca motywuje. Umawiamy się na spotkanie, jesteśmy pozytywnie nastawieni. Jest miło.

Dzień diagnozy. Zjawiają się rodzice z dzieckiem. Już od progu coś mi mówi w głowie “nie patrzy na ciebie, nie zwraca uwagi, nie boi się“. Staram się nie dać zbyt szybko iść jednym tokiem myślenia, ale coś jest na rzeczy. Zaczynam diagnozę, rozmawiam z rodzicami, wypytuję o istotne szczegóły, ale jednym okiem patrzę na dziecko.

Przechodzę do ćwiczeń diagnostycznych z dzieckiem i moja czerwona lampka świeci coraz jaśniej. Po ponad godzinie wiem co dolega Małemu – dla mnie to Zespół Aspergera. Zaburzenie rozwoju ze spektrum zaburzeń autystycznych.

JAK IM TO POWIEDZIEĆ? Przyszli przecież pewni, że ono tylko za mało mówi… Nie każdy rodzic zwróci uwagę na niektóre zachowania. Nie każdy uzna je za nieprawidłowe. Oni zwyczajnie nie mieli bladego pojęcia.

Swoją opinię zaczynam od wskazania pozytywów, chwalę to, co udało nam się podczas diagnozy. Przechodzę jednak do sedna. Cios. Niedowierzanie rodziców. Nie dziwię im się ani trochę. Staram się być jak najbardziej spokojna i delikatna. Opowiadam im o możliwości terapii, o efektach jakie można osiągnąć. Spotkanie się kończy. Oni odchodzą skołowani do domu, ja zostaję sama w gabinecie i zdaję sobie wtedy sprawę, że właśnie komuś w pewnym sensie zawalił się świat albo jego część.

Takich diagnoz miałam w swojej pracy już kilka. Każdy z rodziców reaguje inaczej – jedni niedowierzają, inni reagują wybuchem gniewu, jeszcze innym zdarza się rozpłakać. To nie jest łatwa wiadomość, szczególnie jeśli nikt nie brał nawet takiej opcji pod uwagę. Ba, wielu rodziców pierwszy raz słyszy czym jest autyzm, Zespół Aspergera.

W takich chwilach nie lubię być logopedą, bo jestem osobą, która musi im to powiedzieć. Wolałabym stać się wtedy na chwilę niewidzialna. Ale wiem, że nawet jeśli nie jestem do końca pewna, jeśli odsyłam dalej na potwierdzenie moich przypuszczeń, to działam. Udawanie, że nie ma problemu, tylko go pogłębia.

A szybka diagnoza, to szybka terapia. I tylko w ten sposób, mogę próbować “odczarować” takie sytuacje…

A jak Wy drodzy terapeuci radzicie sobie w takich sytuacjach?

Share.

Napisz komentarz